Imię: Qwerty
Wiek: 2 lata
Płeć: Wadera
Charakter: Przez te dwa lata zaznała tylko czterech emocji wściekłość i smutek, ale też radość i miłość. Podczas całego życia nigdy nikt się nią nie przejmował co spowodowało u niej, że w większości nie potrafi pokazywać emocji, a nawet ich odczuwać. Bywa, że są dni w które bez widocznego powodu mogłaby zaatakować. Ma w zwyczaju spędzać czas samotnie lub w towarzystwie bliskiego przyjaciela. Bywa tajemnicza często znika i wraca po kilku dniach.
Umiejętności: Potrafi bardzo szybko biegać, dobrze się wspinać oraz posługiwać bronią.
Moce: Zamiana w człowieka i kilka nielicznych zwierząt. Teleportacja i porozumiewanie się telepatyczne oraz czytanie w myślach. Potrafi używać mocy niektórych żywiołów, a także stać się niewidzialna. Posiada także pewną ukrytą moc.
Stanowisko: Morderca
Rasa: Wilkołak Królewski ( Nie wie o tym)
Rodzina: Jest coś takiego? No nie wiem, jeśli rodzina oznacza 9 wilkołaków mających cię całkowicie gdzieś? To tak.
Zakochana w: Miłość? Podziękuje.
Partner: Nie.
Ex: Nie.
Potomstwo: Nie.
Ciekawostki: Jej przeszłość spowodowała to, że nie potrafi w pełni przeżywać emocji i trudno do niej dotrzeć.
Historia: Nic ciekawego. Urodziłam się w pewnej dolinie (oszczędźmy szczegółów) i jak się okazało nie byłam pierwszym dzieckiem w tej rodzinie. Byłam siódmym! Rodzice mieli już po 23 lata, a rodzeństwo? Eh szkoda gadać dorośli i w większości już byłam ciotką. Wszystko wydawałoby się fajne, jednak nie było. Tuż po osiągnięciu wieku 2 miesięcy zostałam pozostawiona sama sobie. Cała dosłownie "wielka" rodzina spędzała czas ze swoimi rodzinami. Bracia i siostry spędzali czas z partnerami i dziećmi, a rodzice? Ciągle zostawiali mnie samą. Czułam się jakby tylko czekali aż zniknę. Nawet to sprawdziłam. Pewnego razu postanowiłam wyślizgnąć się z rana i schować w pobliskim lesie. Nie było to zbyt trudne nawet nie spałam z nimi w jaskini. W każdym razie... Wspięłam się na drzewo i ukryłam wśród liści obserwując "rodzinę". Mijały minuty, godziny, a nawet dni! Dwa dni mnie nie było i nawet nie zauważyli, że mnie nie ma! W tym momencie zmienił się mój pogląd na świat. Postanowiłam wrócić do "wioski". Szłam z kamienną miną, całkowicie pozbawioną emocji. W sumie, nie czułam niczego radości, smutku, szczęścia, strachu niczego... Minął rok, miałam już ponad rok, i w sumie to tyle nic się nie zmieniło. Wszyscy w dalszym ciągu mieli mnie gdzieś i w sumie ja też. Z wyjątkiem, że ja nie miałam gdzieś tylko ich, ja miała wszystko w poważaniu. Potrafiłam siedzieć na drzewie całymi dniami i nawet nie zjeść kęsa. To wszystko odbiło się na mnie w sposób oczywisty. Nie potrafiłam czuć emocji, ani bólu, a także głodu. Przeżyłam tu 1,5 roku i nic nadzwyczajnego się nie działo nie licząc kolejnego brata który w pewien sposób jakby próbował się do mnie zbliżyć jednak nie widziałam tego wówczas. Jednak nastąpił jeden dzień, który dobrze pamiętam. Był słoneczny dzień można by powiedzieć piękny, jednak tylko z wyglądu. Było późne południe życie toczyło się swoim kręgiem, jednak usłyszałam coś dziwnego i postanowiłam to sprawdzić. Teleportowałam się na najwyższy punkt znajdujący się w pobliżu, zobaczyłam około 13 uzbrojonych wilkołaków. Mimo, iż nigdy nie widziałam przedmiotów, które mieli przy sobie mój wzrok przyciągnęło czerwone ostrze znajdujące się przy pasie przywódcy. Mimo, iż miałam żal do moich tzw. bliskich, że nigdy nikt się mną nie przejmował i tak postanowiłam ich ostrzec. Teleportowałam się przed miejsce spotkań i stanęłam za rodzicami. Chrząknęłam chcąc zwrócić na siebie uwagę osób do których nie mogłam powiedzieć mamo,tato. Ojciec spojrzał na mnie z obojętnością.-Tak, yh...-powaga? Nie znasz mojego imienia?!-Blisko znajduje się około 13 wilkołaków uzbrojonych po sam ogon, którzy chcą zaatakować Tą rodziną-powiedziałam obojętnym głosem. Wszyscy unieśli uszy na tę wieść i zaczęła się dyskusja, na tematy typu: "Co my teraz zrobimy?!", "Trzeba się przygotować!", "Musimy walczyć!", ja jedyna stałam nie mówiąc nic i po chwili zwróciłam się w stronę lasu, gdzie miałam zamiar iść.-A, ty gdzie?-powiedział mój młodszy o pół roku brat stając przede mną.-Nie twój interes-powiedziałam bez namiętnie i wyminęłam go.-Trzeba chronić rodzinę!-krzyczał dalej.Odwróciłam się w jego kierunku i rzuciłam w jego kierunku wzrok w stylu "żartujesz co nie?"-Nie mam rodziny.Basior spojrzał na mnie po czym zamknął na kilka sekund oczy.-Przepraszam za wszystko i wszystkich-powiedział dotykając mojego ramienia i zawrócił idąc w kierunku szykujących się wilkołaków.-Za co przeprosił?-pomyślałam-Czy to możliwe, że...Nie, nie możliwe-pierwszy raz od ponad roku poczułam coś dziwnego, jakby ktoś w końcu darzył mnie jakimkolwiek uczuciem. Postanowiłam się przyglądać temu co wydarzy się za kilka chwil. Zajęłam swoje miejsce na drzewie i po pewnym czasie do wioski wtargnęła gromada wojowniczo nastawionych wilkołaków. Rozpoczęła się walka. Przeciwnicy byli mocni, jednak "nasi" dawali rady,aż do czasu kiedy w ruch poszły bronie. Zginęło około 5 naszych krewniaków. Nie robiło to dla mnie zbytniej różnicy. Nic nie obchodziła mnie ta cała walka aż do pewnej chwili.-Ataaaak!-usłyszałam młodszy głos i po chwili ujrzałam Nick'a biegnącego wprost na dowódce napastników.Minęło kilka sekund i zobaczyłam jak ów biały basior rozcina brzuch mojego jedynego krewnego, który mnie zauważał i starał się zbliżyć. W pewnej chwili oczy rozbłysnęły mi z lekka soją naturalną granatową barwą i poczułam pewną emocję wściekłość! Natychmiast rzuciłam się na białego i po dłuższej walce odebrałam mu broń (oszczędzę szczegółów walki). Stanęłam nad nim z ostrzem w "ręce" i bezsłownie wbiłam mu ostrze w klatę. Pozostali wojownicy spojrzeli na mnie z przerażeniem po czym poddali się i uciekli. Nawet się im nie dziwię. Wyglądałam jak morderca, który już nie pierwszy raz to robi i nie zawaha się zrobić tego po raz kolejny. Odeszłam od niego i podeszłam do brata.-Żyjesz?-zapytałam z szczyptą nieznanego mi smutku.-Tak, Qwe..-zaczął.-Nie, to nie twoja wina, przepraszam, że nie zauważyłam tego iż jako jedyny chciałeś mnie poznać. Przytuliłam go i na mojej "twarzy" pojawiło się coś na wzór uśmiechu. Nick był już bardzo słaby, jednak nie mogłam mu pozwolić umrzeć. Skupiłam swoją ukrywaną przez długi czas moc i uzdrowiłam go. Uśmiechnął się do mnie, a ja do niego.-Kocham cię siostro-powiedział, a ja odwzajemniłam to po czym usnął. Po tych wydarzeniach postanowiłam wraz z bratem odejść z tego miejsca. Spędziliśmy pół roku na wędrówkach, jednak w końcu znalazłam odpowiednie miejsce...dla brata. Zostawiłam go z dobrymi wilkołakami i nawet postanowił wstąpić tam do wojowników. Tutaj powinno być smutne i wzruszające pożegnanie rodzeństwa... ale go nie będzie, ponieważ na szczęście posiadałam moc zwaną teleportacją i obiecałam go odwiedzać, a sama poszłam w dalszą drogę i znalazłam to miejsce, gdzie też zostałam.
Autor: sponspo

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz